Serce Neftydy | Marcin Szczygielski

Serce Neftydy | Marcin Szczygielski

,,Serce Neftydy” to kolejna polska książka, którą przeczytałam w ostatnim czasie. Marcin Szczygielski napisał space operę, która zapowiadała świetną rozrywkę. Będąc jednak szczera, mam do tej lektury mieszane uczucia. Swoją przygodę z tym autorem dopiero rozpoczęłam, ale nie zostałam do niej zrażona. Wręcz przeciwnie- chcę spróbować więcej powieści, aby lepiej i obiektywniej ocenić autora.


Effi wkracza w dorosłość. W dniu urodzin chłopca, cały jego świat się zawala. Kamper, w którym mieszkał, został zniszczony przez drony Federacji, a jego matka zginęła w owym wypadku. Effi traci wszystko, co uważał za stałe i pewne. W przypływie emocji postanawia wyruszyć na Duat- wyniszczoną wojnami genetycznymi Ziemię, aby przywrócić swoją mamę do życia. Podróżuje z kriokapsułą, zaopatrzoną w serce jego rodzicielki. Po dotarciu na planetę okazuje się, że nie jest ona tak toksyczna i zniszczona, jak pokazywano w przekazach internetowych. Chłopca czeka długa wędrówka pełna niebezpieczeństw i tajemnic.

Opis bardzo mnie zainteresował, w końcu lubię tego typu historie, a i ta była interesująca. Świat wykreowany przez autora, został ukazany bardzo dobrze. Każdy detal był szczegółowo opisany, przez co nie miałam problemów z obrazowaniem sobie poszczególnych miejsc. Sam pomysł na fabułę nie jest banalny, ponieważ wymyślenie czegoś tak niesłychanego, jest dużym osiągnięciem. Poszczególne wątki dobrze przechodziły do kolejnych, jednak w całej powieści było bardzo mało akcji. Nie odczuwałam różnych emocji i nie siedziałam w napięciu oczekując kolejnych wydarzeń. Po prostu przebrnęłam przez lekturę bez większych zachwytów. Przez pewien czas się nudziłam. Jest to przykre, ponieważ przygoda Effi’ego ma bardzo duży potencjał, ale dramaturgia pojawiła się dopiero pod koniec i to jest bardzo nieprzyjemne.

Bohaterowie w powieści zostali wykreowani genialnie. Nie było ich wprawdzie wielu, ale ci, którzy odgrywali znaczącą rolę w całej historii, byli dokładnie przedstawieni. Nie musiałam się długo zastanawiać nad tym, jaki kto jest, ponieważ miałam to pięknie wyłożone. Effi miał siedemnaście lat, jednakże jak na osobę w jego wieku, był nieco ,,odsunięty” od rzeczywistości. Mam na myśli to, że trójsieć i miejsce zamieszkania ograniczyły go, przez co nie wiedział o wielu sprawach, które powinny być jego codziennością. Mimo tego potrafił wybrnąć z wielu sytuacji i poradzić sobie doskonale na nowo poznanej planecie. Co jak co, ale wykreowany jest bardzo dobrze. Każda postać ma swój własny charakter. Nic nie zlewa się w niejasną plamę, tylko tworzy spójną całość. Do bohaterów nie mam żadnych zarzutów, bo przedstawieni zostali lepiej niż świetnie.

Największym zaskoczeniem w całej lekturze było jej zakończenie. W ogóle nie spodziewałam się takiego rozwoju wydarzeń, które rozwinęły całą akcję i wytłumaczyły wiele rzeczy. Te kilkadziesiąt stron nadało największy sens całej powieści i były po prostu najlepsze. O tyle, co przez większość książki nie było wielu emocji i napięcia, to te ostatnie elementy były totalnym strzałem w dziesiątkę. Spowodowały, że nabrałam ochoty do czekanie na kolejne części ,,Nowego Heliopolis”, ponieważ moment w którym kończy się książka, zwiastuje bardzo dobrą kontynuację!

Podsumowując- ,,Serce Neftydy” to dobra książka. Świat i bohaterowie zostali ukazani w dobrym świetle i na wysokim poziomie. Nie jestem w stanie tej książki odradzić tylko i wyłącznie przez niezbyt mocno zarysowaną akcją. Warto skupić się po prostu na opisanym uniwersum i czekać na kolejne części, aby zetknąć się z rozwojem wydarzeń! 


PS. Już niedługo na blogu pojawi się wywiad z autorem tej powieści, więc czekajcie cierpliwie! :)







,,Dokonamy razem wielkich rzeczy, wiesz? Ty ich dokonasz."













                                                                                        *****

       Za książkę dziękuję Instytutowi Wydawniczemu  ,,LATARNIK". 











//h.
Murder Park | Jonas Winner [PRZEDPREMIEROWO]

Murder Park | Jonas Winner [PRZEDPREMIEROWO]

Każdy z nas w swoim życiu co najmniej raz sięgnął po książkę, do której nie do końca był przekonany, jednakże ta po prostu go zachwyciła. Nie spodziewałam się, że ,,Murder Park” Jonasa Winnera tak bardzo mnie pochłonie i tak strasznie mi się spodoba. Jestem jednym słowem zachwycona!


Dwadzieścia lat temu na Zodiac Island miały miejsce trzy brutalne morderstwa, więc znajdujący się na niej park rozrywki zamknięto. Po dwóch dekadach wyspa na nowo ma powrócić do życia za sprawą pewnego biznesmena. Murder Park, jak sama nazwa wskazuje, będzie poświęcony morderstwom i zabójcą z całego świata. Rupert Levin zaprasza na weekend pełen niezapomnianych doznań, które zostały starannie wybrane i zaplanowane. Dwunastka wybrańców poddana szczególnej selekcji, udaje się na wyspę, na której nadal straszą zniszczone atrakcje. Wraz z przybiciem do brzegu zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Dodatkowo krążą pogłoski, że prawdziwy morderca wciąż jest na wolności…

Nie skłamię, jeśli powiem, że ten opis brzmi niezwykle zachęcająco. Po książkę sięgnęłam niezwykle spontanicznie i bez dwóch zdań był to trafny wybór. Z podobną fabułą się dotąd nie spotkałam, więc jest w niej coś wyjątkowego. Autor genialnie prowadzi czytelnika pośród wszystkich zagadek, wątków i katastrof. Wszystko przebiega płynnie i sprawnie. Pan Winner bardzo dobrze operuje słowami. Stworzył historię, którą czyta się bardzo dobrze. Jego styl pisania nie jest ciężki i toporny, ale nie jest również najprostszy. Powieści nie czyta się błyskawicznie, chociaż ja się w nią wciągnęłam i zajęło mi to tylko trzy dni. Oczywiście nie jest to też najprostsza historia i na pewno nie spodoba się każdemu, ponieważ wiele scen nie jest delikatnych i przyjemnych. Reasumując, zaprezentowano nam genialną historię, która została przedstawiona w świetny sposób.

Bohaterowie ,,Murder Park” nie zostali opisani z wyglądu bardzo szczegółowo. O tyle, co zawsze chcę wiedzieć o postaciach jak najwięcej, to teraz miałam wrażenie, że nie jest to potrzebne. Wszystko się ze sobą dopełniało, a opisy danych osób mogłyby zakłócić stworzoną harmonię i zanieczyścić całą jasność przekazu. Charaktery każdego członka ekipy Parku Morderców zostały nam zaprezentowane, że tak powiem, od deski do deski! Wywiady, które odgrywały dużą rolę w historii, pokazywały nam prawdziwość i szczerość całej dwunastki. To ich usposobienie nadrabiało wszystko. Wydaje mi się, że autor w ten sposób pokazał, że liczy się wnętrze człowieka. Nie mówię też, że nie było nam powiedziane o wyglądzie kogokolwiek nic. Nie, były momenty skupiające się na cechach zewnętrznych bohaterów, ale było ich mało – bardzo dobre posunięcie.

Jak już wspominałam wcześniej- ,,Murder Park” jest świetną pozycją. Cała historia idealnie się ze sobą zaplata, każdy wątek genialnie przechodzi do kolejnego i nie traci przy tym swojej wspaniałości. Przez cała książkę czułam dreszczyk emocji na plecach. Mój mózg działał na ogromnych obrotach, kiedy próbowałam pojąć, co się dzieje. Wyobraźnia buzowała i pracowała, dlatego wszystko świetnie dałam radę sobie zobrazować. Jedyny minus całej lektury, to zakończenie. Będąc wciągniętą do głębi w świat morderstw, nagle powróciłam do zwykłego świata i straciłam rezon. Nie mówię, że koniec powieści był zły, ale wyobrażałam sobie go kompletnie inaczej! Być może mój scenariusz był zbyt przewidywalny i nierealny, a domysły absurdalne, ale koniec końców i tak się sprawdziły! Wczułam się w Sherlocka Holmesa i rozwiązałam zagadkę, która wprawdzie była thrillerem, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że jestem zadowolona z lektury w 99 procentach.

Czasem prawdziwe zaskoczenie czyha za rogiem i nie jest pokazane wprost. ,,Murder Park” należy do tych niezwykle miłych zaskoczeń. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jest to lepsza z powieści, które przeczytałam w tym roku. Jeśli ktoś lubi strach, zabójstwa, liczne emocje i zwroty akcji- to książka dla niego. Jestem zachwycona tą lekturą i na pewno nie zapomnę o niej szybko. 

PREMIERA 30 LISTOPADA







,,Bo śmierć krążyła po wyspie – chyba, czarna i ogromna. Śmierć, której zimne usta musnęły już każdego z nich."


















//h.
Podtrzymując wszechświat | Jennifer Niven

Podtrzymując wszechświat | Jennifer Niven

Jennifer Niven była dla mnie znana jeszcze zanim przeczytałam ,,Podtrzymując wszechświat”. Po jej twórczość od dawna chciałam sięgnąć i cieszę się, że przygodę z tą autorką zaczęłam właśnie od powieści ,,Podtrzymując wszechświat”.


Libby została okrzyknięta ,,najgrubszą nastolatką w Ameryce” zaraz po wydobyciu dziewczyny dźwigiem z jej własnego domu. Jej wieloletnia walka z samą sobą była jej największym wyzwaniem. Dzięki niemu, teraz czuje się dobrze sama ze sobą.
Jack jest popularnym i przez wszystkich lubianym nastolatkiem. Ma paczkę znajomych, dziewczynę i kochającą rodzinę. Nie każdy jednak wie, że jego tato ma kochankę, która jest jego nauczycielką. Nie każdy również wie, że Jack cierpi na prozopagnozję.
Kiedy Jack rzuca się na Libby, a dziewczyna niszczy szkolne mienie, zmuszeni są do uczęszczania na szkolną terapię. Tam, zbliżają się i odkrywają, że nie są niechciani, a potrzebni i wspaniali. Nastolatkowie stają się sobie coraz bliżsi, a przez czas spędzony razem, tracą uczucie samotności.

Jak już wspomniałam, Jennifer Niven już dawno zachęciła mnie do swojej twórczości, jednak nie sięgałam po nią aż do wydania ,,Podtrzymując wszechświat”. Jest to jej druga powieść i mogę szczerze powiedzieć, że autorka bardzo dobrze rokuje. Sposób, w jaki pisze, jest naprawdę prosty i przejrzysty, lecz za tą delikatnością, kryje się niezwykle wielkie przesłanie. Autorka swoimi słowami przekazuje wiele informacji znanych dla większości młodzieży. Pomimo 400 stron- powieść czyta się niewiarygodnie szybko. Historia nam ukazana jest prawdziwa i realna - założę się, że wiele osób zmagających się z otyłością wie, co Libby czuła.

Uczucia Libby zostały odwzorowane świetnie. Każda emocja dziewczyny wydawała się szczera i namacalna – nic nie było udawane czy naciągane. Nastolatka była realistyczna aż po same kości i pomimo jej dużej wagi, przed oczami pojawiał się obraz szczupłej i cieszącej się życiem uczennicy. W końcu Libby taką się czuła i to jest najważniejsze.
Jack również był genialną postacią. Jego choroba, która jest niezwykle uciążliwa i ciężka, nie przeszkadzała mu w zawieraniu nowych znajomości i zakochiwaniu się. Pomimo bycia ślepym na twarze, chłopak cieszył się życiem i starał się je wykorzystywać w stu procentach. Uwielbiam jego osobowość, ponieważ nie jest on tuzinkowym nastolatkiem- ma w sobie coś więcej.

Cała historia nie opiera się tylko i wyłącznie na uczuciach dwóch nastolatków i ich relacjach. Pokazane są tutaj kompleksy bohaterów, problemy, którym muszą stawić czoła, znajomości rozwijające się każdego dnia… Każde słowo użyte w tej powieści trafiało prosto w moje serce, ponieważ jako nastolatka, po części wiem, jak Libby czy Jack na co dzień się czują. Ich historia może się wydawać prosta i banalna, ale wbrew pozorom nie jest ona łatwa do zrozumienia (w szczególności dla dorosłych). Pani Niven pięknie zaprezentowała, jak ciężka walka w końcu doprowadza do celu i szczęścia.


,,Podtrzymując wszechświat” udziela wielu pożytecznych i życiowych lekcji. Jestem niezmiernie szczęśliwa, że mogłam poznać tę historię i po prostu ją pokochać. Jej delikatność i szczerość wsiąkła we mnie i podarowała świeże spojrzenie na świat. Zdecydowanie każdy nastolatek- nie ważne jakiej płci- powinien ją przeczytać, aby zrozumieć problemy otaczającego świata. ,,Podtrzymując wszechświat” to po prostu świetna książka i nie ma co zaprzeczać. 







,,Nigdy nie zostawiamy z tyłu starego świata, po prostu tworzymy sobie nowy."














            
                                                                                        *****

       Za książkę dziękuję wydawnictwu ,,Bukowy las". 










//h.
Królowa zbrodni | Andrew Wilson

Królowa zbrodni | Andrew Wilson

Jak już kiedyś mówiłam- zakochałam się w kryminałach, więc ,,Królowa zbrodni” Andrew Wilsona jak najbardziej mnie zaciekawiła. W końcu powieść biograficzno-detektywistyczna poświęcona mistrzyni powieści kryminalnych brzmi kusząco, prawda?


Agatha Christie, stojąc na peronie pociągowym i rozmyślając o romansie męża, czuje lekkie pchnięcie i traci równowagę. Od upadku ratuje ją lekarz, który zmusza ją do niewybaczalnego czynu. Owa chwila na peronie rozpoczęła sekwencję przerażających wydarzeń. Mężczyzna okazuje się być szantażystą, manipulatorem i najgorszym potworem. Agatha Christie musi użyć całej swojej inteligencji i pomysłowości, aby przechytrzyć przeciwnika i uratować swoich bliskich od zapowiedzianych krzywd. Kobieta przeżyje i zrobi wiele, aby zapobiec morderstwu, które musiała dokonać.

Ledwo otworzyłam tę powieść i już wiedziałam, że to jest zing. Od pierwszego zdania czułam, że pokocham ,,Królową zbrodni”. Styl pisania autora jest świetny. Nie sięga może i szczytów, ale zagłębiając się w historię spod jego pióra, nie byłam w stanie się oderwać. Każde opisane wydarzenie momentalnie stawało mi przed oczami i idealnie widziałam daną scenę. Nie trzeba było strasznie się wysilać, aby zobrazować sobie czytany tekst, ponieważ on automatycznie pojawiał się w mojej głowie. Zdania konstruowane są prosto i przejrzyście. Autor bardzo dobrze manewrował słowami i przeplatał ze sobą wątki. Rozdziały są pisane z różnych perspektyw i nietrudno było rozpoznać, o kim teraz czytamy.

Akcja książki ma miejsce w 1926 roku, jednakże klimat lat 20 nie do końca został oddany. Brakowało mi opisu życia bohaterów, ponieważ nie odczuwałam różnicy prawie stu lat. Miałam wrażenie, że wszystko dzieje się teraz, nie kiedyś. Oczywiście jest to tylko mały mankament, na tle wszystkich plusów, które stawiają tę powieść w bardzo dobrym świetle.

Osoba Agathy Christie nie była mi wcześniej znana. W prawdzie słyszałam o niej, ale nigdy nie zagłębiałam się w to, co tworzyła. ,,Królowa zbrodni” bardzo mnie zachęciła do jej twórczości i na pewno przy najbliższej wizycie w bibliotece zaopatrzę się w jej książki. Agatha została przedstawiona jako bezbronna, zraniona i wykorzystywana kobieta. Realia sytuacji i emocje jej towarzyszące zostały odwzorowane bezbłędnie. Odczucia pisarki nie były wyolbrzymione i prymitywne, a naturalne i całkiem normalne. To, co przeżyła, było okropne i każda chwila i towarzyszące jej uczucie było jak najbardziej na miejscu.

Każda postać przewijająca się przez lekturę była pokazana bardzo dobrze. Mimo, że było ich wiele, to każda wniosła coś w fabułę i została pokazana dobrze. Autor nie skupił dużej uwagi na opisach postaci, co wyjątkowo nie było złe. Jak już mówiłam- wszystko łatwo dało się wyobrazić, więc krótkie albo znikome opisy postaci nie stanowiły problemu.

Nie wiem, czy spowodowane jest to moją miłością do kryminałów, czy po prostu bardzo dobrym autorem, który bardzo dobrze pisze…  Nigdy też nie czytałam książki biograficznej, a ta bardzo takową przypomina- i nie zawiodłam się. ,,Królowa zbrodni” bez dwóch zdań jest bardzo dobrą książką. Nie jestem w stanie powiedzieć, że została napisana źle. Nie jestem w stanie powiedzieć, że jest to lektura marnująca czas. ,,Królowa zbrodni” jest po prostu świetna i każdy powinien ją przeczytać, nawet jeśli nie lubi kryminałów. Teraz tylko sięgnąć po coś spod pióra Agathy Christie i na nowo zakochać się w powieściach detektywistycznych!
                                                                                 






,,Kenward wiedział, że winni mężowie niczym szczury paskudnie reagują, gdy się ich przyprze do muru. Nigdy nie wiadomo, kiedy zaczną kąsać."




                                                                                            
                                                                                        *****

       Za książkę dziękuję wydawnictwu ,,Bukowy las". 










//h.
Lekcje z pingwinem | Tom Michell

Lekcje z pingwinem | Tom Michell

Przeczytanie książki o swoim ulubionym zwierzęciu, która jest prosto z życia wzięta, a nie zapisania w jakiejś encyklopedii czy Wikipedii, jest swego rodzaju zaszczytem i niezwykłą przyjemnością. Moje serce należy i już zawsze będzie należeć do tych wspaniałych nielotów, a prawdziwa historia jednego z nich została pięknie opisana w ,,Lekcjach z pingwinem" Toma Michella.


Lata 70 ubiegłego wieku. Urlop pana Michella dobiegał końca. Aby uwiecznić swój pobyt w Urugwaju, mężczyzna wybrał się na spacer jedną z plaż. Tam, pośród setek martwych ciał, znalazł jedynego żywego pingwina, którego postanowił uratować. Zabrał go do hotelu i obmył z ropy, która pozbawiła życia inne ptaki. Tego dnia żywot obydwu przedstawicieli dwóch rożnych gatunków zmienił się o 180 stopni. Byt Juana Salvadora i Toma Michella już nigdy nie miał być taki sam. Ich przyjaźń na śmierć i życie udzieliła wszystkim wielu prawdziwych lekcji. Lekcji, które ukształtowały ich charaktery i zmieniły na lepsze.

Jak już wyżej wspomniałam, sięgnęłam po tą powieść ze względu na pingwiny, które ubóstwiam. Myślałam, iż będzie to lekka obyczajówka, która dużo w moim poglądzie na świat nie zmieni. Zyskałam coś kompletnie innego. Trzymałam w dłoniach wartościową i pouczającą historię, która dosłownie była z życia wzięta, bo wydarzyła się naprawdę.

Sądziłam, że będzie w niej dużo dialogu i mało opisów. Kolejny błąd. Można powiedzieć, że powieść ta jest formą biografii. Co za tym idzie, znajdziemy tu praktycznie same informacje, czasem przeplatane urywkami rozmów. Czy to źle? Wręcz przeciwnie! Autor prostym językiem świetnie manewrował pomiędzy kolejnymi zdaniami. Książka wcale nie była nudna, a brak konwersacji bohaterów nadrabiał genialny styl autora, który samymi kolejnymi słowami oferował nam wspaniałe doznania. Z tyłu głowy marzyłam, żeby przenieść się do St. George' Collage i towarzyszyć pingwinowi w jego interesującym życiu. Powieść ta ani trochę nie była wulgarna i brutalna. Jej lekkość i pogoda ducha idealnie wpasowała się w ten jeszcze wakacyjny klimat. Prosta konstrukcja zdań i nieskomplikowane słownictwo pozwoliły mi przeczytać ją w trakcie dwóch dni. Nie myślcie sobie również, że pochłania się ją w mgnieniu oka, ponieważ jest taka delikatna i niezobowiązująca. To raczej ona pochłania czytelnika i nie chce dać mu świętego spokoju do ostatniej kropki (i długo po niej) i nie da się po prostu od niej odkleić.

Nie raz czytając ,,Lekcje" zwijałam się ze śmiechu. Michell ma świetne poczucie humoru i cała książka przesiąknięta jest wspaniałą atmosferą argentyńskiego życia. Na temat postaci tutaj uwiecznionych nie będę się długo rozwodzić. Jako że ta historia nie jest fikcją literacką, a prawdziwym życiem, nie mogę powiedzieć nic złego na temat kreowania bohaterów. Oczywiście zostali oni bardzo dobrze przedstawieni, przez co od razu ich obrazy stawały mi przed oczami. Każda osoba, nieważne czy uczeń czy pracownik, była swoista i szczera.

Zakończenie. Za koń cze nie. Dobiło mnie. Zakręciły mi się łzy w oku. To, jak autor opowiedział jego przygodę z pingwinem towarzyszem. To, jak ją zakończył i odnowił. To, co myślał o tym, co przeżył. To było szczere i niewyobrażalnie prawdziwe. Miałam ochotę przenieść się do Toma i uściskać go, pogratulować mu i po prostu powiedzieć mu, że jest wspaniałym człowiekiem.

Dlaczego wspaniałym? Nie poszedł dalej. Wziął pingwina i go uratował. Był to jeden z lepszych gestów w jego życiu. Gestów, które pozwoliły mu napisać taką świetną książkę, którą polecam wszystkim. 








,,Jak to możliwe, że zwyczajny pingwin przynosi pociechę każdemu, z kim się zetknie?"














//h.


Prawdodziejka | Susan Dennard

Prawdodziejka | Susan Dennard

Nigdy w życiu książka, którą czytałam, nie zgrała się z klimatem, w którym przebywałam. Dopiero ,,Prawdodziejka" Susan Dennard swoją akcją rozgrywającą się w dużej mierze na morzu, dopasowała się do szumu chorwackich fal.


Safiya i Iseult są więziosiostrami. Pierwsza z nich jest prawdodziejką, dla której mocy inni czarodzieje są w stanie zabić. Potrafi zdemaskować każde kłamstwo. Druga zaś, więziodziejka, sama nie zna własnych magicznych granic, a potęga jej mocy jest dla niej tajemnicą. Dziewczyny znowu wpadły w tarapaty i musiały uciekać. Uciekać z dala od stolicy i wszystkich bliskich im osób. Niebezpieczeństwo czaiło się tuż za rogiem, a wojna zbliżała się wielkimi krokami. Sojusznicy, którzy mieli je wspierać i pomagać, sami zostali ofiarami rozmaitych intryg i nie grali fair. Niektórzy byli w stanie posunąć się do ostateczności, aby posiąść prawdodziejkę na własność. Czy przyjaciółki wygrzebią się z tarapatów i odbudują swoje życie na nowo? No i co najważniejsze - czy przeżyją?

Pierwsze trzy rozdziały przyprawiły mnie o ból głowy. Od samego początku zostaliśmy wrzuceni w wir akcji, obrzuceni nazwami wszystkich państw i imperiów oraz imionami wielu osób. Świat, który okazał się później świetnie dopracowany i genialnie przedstawiony, początkowo był zagmatwany i zbyt trudny do pojęcia. Wszystkiego było za dużo i musiałam odpocząć. Ponownie sięgnąwszy po powieść kilka dni później zostałam zaabsorbowana całą historią. Porwana w czaroziemski świat  nie zdołałam się z niego wyplątać.

Bohaterowie, których mamy tutaj sporo, zostali pokazani wspaniale. Każda osoba w bardzo prosty sposób przenikała ze stron do mojej wyobraźni. Wydawała się tętniąca życiem i przede wszystkim prawdziwa. Postacie miały swoje własne charaktery, swój własny wygląd, swoje własne przeżycia i odczucia oraz swoje własne momenty w całej historii. Przez długi okres czasu nie natknęłam się na powieść, w której bohaterowie głowni, drugoplanowi i ci epizodyczni mieli swoje przysłowiowe 5 minut, aby zostać pokazanymi z tej dobrej perspektywy. Cała lektura tętniła życiem i uwierzcie mi, nie dało się przy niej nudzić. Główna bohaterka nie była irytująca. Jej zaciekłość, odwaga i niezależność genialnie odzwierciedlały klimat tej historii. Jej odczucia i przeżycia były szczere, a miłosna intryga, która chcąc nie chcąc musiała się do tej książki wtrącić, dopadała ją powoli i z oczekiwanym skutkiem. Sam obiekt jej westchnień, którego imienia nie zdradzę, żeby nie pozbawić was przyjemności, był świetnie wykreowaną postacią i skradł moje książkowe serce. Wszyscy bohaterowie byli cudowni, nawet brutalny krwiodziej!

Historia, którą pani Dennard nam zaprezentowała, jest opisana bardzo dobrze. Język nie jest skomplikowany i ciężki, przez co ,,Prawdodziejkę" czyta się sprawnie i przyjemnie. Do stylu pisania nie mam żadnych zastrzeżeń, nawet nieco wulgarne słownictwo w pewnych momentach, pasowało do tych nadmorskich krain i żeglarskich zwyczajów.

Pomysł na książkę jest genialny i tutaj nie mam nic więcej do powiedzenia. Nie natknęłam się jeszcze na podobnych bohaterów, na podobną fabułę. Można rzec, że ,,Czaroziemie" będzie cyklem jedynym w swoim rodzaju. Mam nadzieję, że ,,Wiatrodziej" będzie jeszcze lepszy, ponieważ już nie mogę się go doczekać!!

Oczywiście nie mówię, że jest to książka idealna i bezbłędna, bo dostrzegłam tutaj kilka mankamentów (niektóre z nich są oczywiście subiektywne). Wiele wątków poruszonych przez autorkę jest dla mnie niezrozumiałych i albo ja nie jestem w stanie ich pojąć, albo nie są one dobrze wytłumaczone. Niektóre z idei zostały moim zdaniem puszczone mimo uszu i po prostu zostawione samym sobie. Według mnie za mało dowiedzieliśmy się o przeszłości bohaterów, która zawsze mnie bardzo ciekawi. Za mało było w fabule Kullena i jego sercowięzi, za mało krwiodzieja ( cieszy mnie fakt, że trzeci tom będzie właśnie o jego mocy), brak mi też było informacji o mnichach i Cahr Awenach, którzy niezmiernie mnie zaciekawili. Żyje w przekonaniu, że kolejne części wniosą do mojego żywota więcej wiadomości o powyższych postaciach, ponieważ wydają mi się one bardzo interesujące!!


Ogólnie rzecz ujmując ,,Prawdodziejka" jest bardzo dobrą książka. Pomimo tych moich osobistych niedociągnięć jestem zachwycona tą powieścią. Nie zmarnowałam na nią czasu, a wręcz poświęciłam go dobrze. Historia ta jest obowiązkowa dla każdego, kto lubi fantastykę i nie tylko. Jak Sarah J. Maas powiedziała ,,Prawdodziejka wejdzie do kanonu" - tak się stało. Róbcie miejsce na półkach i sięgajcie po tę lekturę, bo naprawdę warto!


 



,,Mhe verujta. - Zaufaj mi, jakby moja dusza była twoją duszą."


















//h.

Książkowa sztuka book tag

Książkowa sztuka book tag

Cześć, hej i czołem! Dzisiaj postanowiłam napisać o czymś, czego nigdy nie planowałam na blogu zrobić. No właśnie- czyli o czym? O tagu. Tagu książkowym! Zawsze chciałam taki tag przeprowadzić, ale niekoniecznie w formie pisemnej. Jednakże naszła mnie dziś na takowy ochota, więc przybywam go wam zaprezentować!


KSIĄŻKOWA SZTUKA BOOK TAG

Każdy z nas wie, że okładki książek potrafią być cudowne i oderwanie od nich wzroku graniczy z cudem, ale zdarzają się również tak okropne i nieapetyczne (można tak powiedzieć o oprawie?), że unika się ich cały czas. Książkowa sztuka book tag polega na….wytypowaniu książkowej sztuki! Także już nie przedłużam i  zapraszam do mojej książkowej konfrontacji!

1.     Najładniejsza okładka pojedynczej książki

I tutaj musiałam się porządnie zastanowić. Natknęłam się na wiele pięknych okładek w moim życiu, a znalezienie tej jedynej, w dodatku dla pojedynczej powieści, było ciężkie. Ostatecznie jedną z ładniejszych jest…. Gniazdo Cynthii D'Aprix Sweeney. Nie czytałam jeszcze tej powieści, ale jej okładka urzekła mnie i widząc jej zdjęcia nie byłam w stanie przestać na nie patrzeć.




2.    Najbrzydsza okładka pojedynczej książki

Do tej kategorii jeszcze ciężej było mi dopasować jakąś pozycję. W końcu padło na Wróć, Aleksandrze! Krystyny Siesickiej. Jest w niej coś…odpychającego. Nie przypadła mi do gustu ani szata graficzna, ani sama opowieść. Była dla mnie tak zagmatwana i zawiła, że marzyłam o odłożeniu jej na bok. Tak się właśnie stało. Samej okładki też dobrze nie wspominam.


3.    Najładniejsza okładka serii

Akurat okładek serii, które są śliczne, jest dużo. Dla mnie wybranie tych jedynych było problematyczne, więc wytypowałam oprawy dwóch serii. 

Pierwsze z nich są cudowne. Mają w sobie magię, która mnie do nich przyciąga. Pomimo, że fabuła tych powieści nie do końca trafiła w moje gusta, to okładki są wręcz wspaniałe i są wielkim plusem Uroczyska  Colin’a Meloya. 





Drugie okładki swoją sztukę kryją pod obwolutą, która swoją drogą również mnie urzekła. Ich minimalizm i radosne kolory przypominają mi czasy, kiedy jako mała dziewczynka kochałam książki Lauren St John. Seria Afrykańskie przygody była wspaniała i jej oprawa też była wspaniała.                                                                                                                                                                                       



4.    Najbrzydsza okładka serii

Osoby, które wcześniej spotkały się z tym tagiem mogły się domyślić, że wybiorę tutaj Dary anioła Cassandry Clare. Te okładki…. Nie, one są po prostu złe i moje oczy cierpią, gdy je widzą. Jak można takie książki obdarować takimi okładkami?!

Znalezione obrazy dla zapytania dary aniola okładka

5.    Okładka zapadająca w pamięć

Okładki całej serii Ransom’a Riggs’a Pani Peregrine są tajemnicze, magiczne i strasznie przykuwają uwagę. Latająca dziewczynka, dziura w brzuchu i chłopiec ze skrzydłami…. Przez długi czas po przeczytaniu tej trylogii nie byłam w stanie się od nich uwolnić. Są po prostu cudowne.


6.    Okładka nie pasująca do treści

Flawia de Luce - Zatrute Ciasteczko Alan’a Bradleya ma piękną okładkę,  to fakt, jednakże nie pasuje ona do treści. Nie wiem jak jest z kontynuacjami, ponieważ jeszcze ich nie przeczytałam, ale okładka do pierwszego tomu w ogóle nie odzwierciedla tego, co opisane zostało w środku. Nie mówię, że jest ona przez to brzydka, ponieważ bardzo mi się podoba, ale mogła by zawierać coś więcej z fabuły książki. Pomijając to, że trochę nie pasuje do treści, to i tak przykuwa uwagę.

Znalezione obrazy dla zapytania flawia de luce zatrute ciasteczko

7.    Strony białe czy żółte?

Długo się nie zastanawiałam. W dzień białe strony jeszcze mi odpowiadają, ale przez moją wadę wzroku czytanie ich przy sztucznym świetle jest katorgą- bolą mnie po prostu oczy i szybko się męczę. Żółte kartki są najlepsze na każdą porę dnia i nocy. Kocham żółte strony.

8.    Strony cienkie czy grube?

Nad tym również długo nie rozmyślałam. Wolę grubsze kartki, ponieważ nie lubię, gdy tekst z drugiej strony mi prześwituje i przeszkadza w czytaniu.

9. Okładka miękka czy twarda?

Hm….. Twarde oprawy wyglądają lepiej, gdy książka jest gruba i ma dużo stron. Wtedy prezentuje się to po prostu estetycznie. Cienkie książki wyglądają lepiej, gdy są w miękkiej oprawie, jednakże w tych twardych wyglądają schludnie. Z drugiej strony grube książki w miękkich okładkach czyta się wygodniej, gdyż nie boisz się, że spadną ci na twarz i złamią nos… Ugh! Nie umiem się zdecydować, ale patrząc na moją biblioteczkę to większość pozycji jest właśnie w twardych oprawach. Lubię i twarde i miękkie, ale jaka jest lepsza przy danej pozycji to zależy tylko i wyłącznie od jej grubości.

10. Najlepsze wydawnictwo (pod względem wyglądu książek)?
I tutaj nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie. Jest wiele świetnych wydawnictw, ale wydania różnych książek w danym wydawnictwie też się różnią. Poza tym kupując książki nie patrzę na wydawnictwo. Patrzę na fabułę i kto wydał daną pozycję nie ma dla mnie większego znaczenia, kiedy opis mnie interesuje i zachęca. To pytanie jest naprawdę ciężkie!!

                                                                         ***

Książkowa sztuka według mnie prezentuje się właśnie tak!!

Mam nadzieję, że spodobał wam się ten wpis, nieco inny od pozostałych. 

Miłego dnia J






//h.
Copyright © 2014 Książkowce , Blogger